piątek, 30 października 2015

Rozdział 1

      Krew powoli spływała w dół, po moich rękach. 
 Z uśmiechem przypatrywałam się ranom przedłużającym usta nieznajomego. Był spokojny, tak jakbym to nie go właśnie cięłam żywcem. Pochyliłam się do przodu i zlizałam krople krwi na jego podbródku. Smaczny. Delikatnie odchyliłam mu głowę w bok i wgryzłam się w szyje.

 Nagle otworzyłam oczy, zalana potem leżałam w hotelowym łóżku. Pognieciona pościel leżała na ziemi, łóżko wyglądało jakby ktoś stoczył w nim istną batalię. Zaniepokojona rozejrzałam się dookoła, ale wszystko wyglądało tak samo; ściany pomalowane na pistacjowy kolor, zielony dywan w niebieskie wzorki, stolik, krzesła i telewizor. Wszystko na swoim miejscu.
 Odetchnęłam z ulgą. To był tylko sen, a raczej miałam nadzieję, że tylko sen. Wzdrygnęłam się na tą myśl. Od dziecka miewałam sny, koszmary, które później działy się w rzeczywistości. Zazwyczaj były to urywki makabrycznych zdarzeń, czasami morderstwa, a raz na jakiś czas ostrzeżenia dotyczące własnego życia. W każdym wypadku nie było to nic przyjemnego.
 Z tego powodu nigdy nie miałam przyjaciół, a rodzina odwróciła się ode mnie. Niby głupie sny, ale miały wpływ na całe moje życie. Zawsze chodziłam przez nie z "głową w chmurach", cały czas zamartwiałam się o przyszłość.
 Moja rodzina należała do potężnego rodu czarownic, ale nie umiała mnie zrozumieć. Rodzice nie umieli zaakceptować wiecznie roztrzepanej córki, której nauka magii była na poziomie noworodka, która nie mogła się skupić na nauce i na niczym innym.
 Może właśnie to przepełniło czarę goryczy. Tego nie wiem, ale za to doskonale pamiętam tą zimną, deszczową noc, gdy cała mokra, okryta jedynie cienkim swetrem siedziałam skulona na tylnych schodach do baru. Pamiętam rockową muzykę, która wydobywała się spomiędzy szpary między drzwiami, pamiętam smród papierosów i marihuany, pamiętam, że w tamtym momencie wszystko wydawało mi się obojętne; ja, moja rodzina i własne życie. Nie przejmowałam się pijakami po drugiej stronie ulicy, którzy krzyczeli do mnie ordynarne słowa, nie przejmowałam się niczym. Tkwiłam jakby w stanie odrętwienia, widziałam i słyszałam wszystko, ale nic do mnie nie docierało.
 To właśnie wtedy postanowiłam, że muszę się zemścić. Na rodzinie, na sabacie i na innych, którzy nie stanęli nawet w mojej obronie.

~~~~~~

 Księżyc świecił wysoko na niebie. Jego tarcza zbliżała się do zenitu, który miał nastąpić już za kilka godzin. Nowy Orlean wyglądał dokładnie tak jak go zapamiętałam, żywy i mieniący się kolorami. Choć z tego co się dowiedziałam, wiele zmieniło się od kiedy ostatni raz tu byłam.
 Czarownice traciły moc, a pokój z wampirami przemienił się w niewolnictwo naszej strony. Wilkołaki zostały w większości wybite, a te które przeżyły, zamieszkują bagna. W próbie ratowania sytuacji nastały Żniwa. Słyszałam plotki, że Davina przerwała je, uciekając z wampirzym przywódcą, Marcelem. Ale wkrótce przeznaczenie się dopełniło i żniwa zebrały plon, a Davina zastała zwierzchniczką sabatów.
 Na myśl o tym ręce same zacisnęły mi się w pięści. Wybranie jej było poziomem godnym krytyki. Przywódczyni, której nie można zaufać, która już raz zdradziła swój rodzaj i która szuka zemsty na rodzinie Pierwotnych. Ale z jednej strony nie było to złe, w końcu teraz mogła więcej stracić.
 Natomiast na Pierwotnych trzeba będzie uważać. Słyszałam wiele legend o nich i jeżeli choć jedna z nich była w połowie prawdziwa, nie należało im wchodzić w drogę. Mieli tendencje do bycia przewrażliwionymi, a wtedy działali impulsywnie. Choć mogliby być przydatnymi sojusznikami. Musiałam tylko znaleźć na nich hak, coś na czym bardzo im zależało i co tylko ja mogłabym im dać.
- Danielle?! - krzyk w oddali odwrócił moją uwagę od dalszego rozmyślania. Odwróciłam się i w oddali ujrzałam Vincenta.

- Nie jesteś już naszą córką - wypowiedział spokojnie John, mój ojciec. Mówił to tak spokojnie, jak gdyby to nic nie znaczyło. Ale to właśnie te słowa zmieniły moje życie o sto osiemdziesiąt stopni. 
 Patrzyłam w odrętwieniu jak wyciąga swoją dużą rękę i zrywa rodowy naszyjnik z mojej szyi. Nie zareagowałam, nie byłam w stanie, jeden mały ruch i już bym ryczała. Patrzyłam się błagalnie w jego oczy, ale te pozostały zimne, obojętne. Spojrzałam w bok na moją matkę, stała przy ojcu, nie zwracając na mnie nawet uwagi. Tuż obok moja siostra przyglądała mi się ze zwycięskim uśmiechem. Rozejrzałam się dookoła. Nikt nie śmiał spojrzeć mi w oczy, nie po tym jak odwrócili się do mnie plecami w momencie gdy ważył się mój los. Nikt nawet Vincent, który był moim najlepszym przyjacielem, zawsze mnie wspierał i pomagał.

 Z ponurym uśmiechem odwróciłam się z powrotem i zniknęłam w Nowoorleańskim tłumie.

~~~~~~~~

- Zgoda. Gadaj, kto ma być martwy?
 Otworzyłam oczy, już więcej nie potrzebowałam. Nie mogłam uwierzyć w to co zamierzała zrobić Davina. Zabójstwo osoby, która się z nią nie zgadza. Pokręciłam z niesmakiem głową, a jednak nic się nie zmieniła. Wszystko musiało być po jej myśli, a ona musiała być najważniejsza.
 Wyciągnęłam ręce z wielkiej ceramicznej misy, wypełnionej mętną wodą i wytarłam je o ręcznik, leżący na moich kolanach. Wyrzuciłam go do zlewu i wylałam wodę z misy, a następnie odłożyłam ją na miejsce. Narzuciłam na ramiona kurtkę i wyszłam z pokoju.
 Mój "apartament" mieścił się na drugim piętrze w hotelu, umieszczonym centralnie w Nowym Orleanie. Nie był on może zbyt luksusowy, ale przyszło mieszkać mi w o wiele gorszych miejscach. Gdy szłam korytarzem do wyjścia z każdej strony dobiegały mnie śmiechy i krzyki, najwidoczniej turyści świetnie się bawili. Nie wiedzieli jeszcze co ich czeka. Tutejsze wampiry miały miedzy sobą taką małą umowę, żeby pożywiać się na turystach, wymazywać im pamieć i puszczać żywymi. Nie brzmiało to dobrze, ale istniały miejsca, w których ludzi byli nikim więcej niż niewolnikami nieśmiertelnych.
 Wyszłam na zewnątrz i skierowałam się do jednej z bocznych ulic, chciałam na skróty dość do miejskiego baru, gdzie zapewne w najlepsze świętowały wampiry. Pora oznajmić swój powrót w wielkim stylu.
 Ceglane ściany i brukowana ziemia skutecznie zagłuszały dźwięki Nowego Orleanu. Na chwile przystanęłam żeby ochłonąć od miejskiego tłoku. Wciągnęłam głęboko powietrze, tylko tu było tak świeże mimo ogromnego miasta, a to dzięki lasom, które rozciągały się dookoła. Kochałam to miejsce, to tu dorastałam, to tu przeżywałam najważniejsze i najszczęśliwsze chwile w moim życiu. Ale to wszystko zostało mi okrutnie odebrane, odebrane przez najbliższych i właśnie nadszedł czas zapłaty.

~~~~~~~~

 - Poproszę, gorącą czekoladę - cichy, spokojny głos wyrwał Camillie z zamyślenia. Spojrzała w stronę drobnej dziewczyny siadającej na obrotowym krześle przy barze. Była strasznie blada, długie, czarne włosy i równie czarne ubranie tylko to podkreślały. Miała delikatne rysy twarzy, wręcz dziecięce. Wyglądała na nie więcej niż szesnaście lat.
 Postawiłam przed nią parujący kubek z ekspresu, a ta sięgnęła po niego równie bladą i chudą dłonią. Wzdrygnęłam się. Od razu było widać, że dziewczyna ma anoreksje albo bulimie.
- Wszystko w porządku? - zapytałam, sumienie nie dawało mi spokoju, ta dziewczyna potrzebowała pomocy. - Jestem Camille O'Conell.
 Wcześniej przymknięte powieki, otworzyły się gwałtownie i dziewczyna spojrzała prosto na mnie. Odruchowo cofnęłam się o krok w tył. Jej oczy były całkowicie czarne, nie było widać nawet białka. Nie minęła nawet chwila, a jej oczy zrobiły się "normalne" w różnych odcieniach niebieskiego koloru, co tworzyło wrażenie, popękanej tafli szkła.
 Kiedyś uznałabym, że się przewidziałam, ale teraz nie było kiedyś. Teraz wiedziałam o wiele więcej, a te niepokojące, czarne oczy, które ujrzałam nie mogły być tylko przewidzeniem.
- Danielle - powiedziała, jej głos brzmiał dźwięcznie, kojarzył mi się z anielskim chórem.
- Jesteś stąd? - zapytałam, gdy dziewczyna lekko się wzdrygnęła na zadane przeze mnie nachalne pytanie, wiedziałam, że trafiłam w czuły punkt.
- Nie do końca. Kiedyś tu mieszkałam - Danielle wstała i rzuciła na stół obok pustego kubka banknot, po czym nieśpiesznie ruszyła do drzwi.

~~~~~~

- Klaus! Klaus! - zawołałam, wchodząc na wewnętrzny dziedziniec wampirzego imperium.
- Camille - odpowiedział mi spokojnie głos z brytyjskim akcentem. Zdenerwowana odwróciłam się w jego stronę. Stał spokojnie za mną z ironicznie wygiętymi ustami. Zmierzyłam go karcącym spojrzeniem. Nienawidziłam gdy się do mnie podkradał.
 Od razu zauważyłam, że nie wyglądał najlepiej. Jego czarne ubranie było pogniecione, a włosy zmierzwione od ciągłego przeczesywania ich dłońmi. Niby niewiele by stwierdzić, że coś jest nie tak, ale Klaus nigdy nie okazywał uczuć, a już szczególnie gdy czuł się zraniony.
- Coś się stało? - zapytałam.
-  Chyba tak - odpowiedział mi konspiracyjnie, pochylając się w moją stronę. Wyraźnie czułam od niego alkohol - Inaczej byś do mnie nie przyszła. Czyż nie? - znowu ironia.
 Poczułam się zakłopotana, miał rację. Nigdy do niego nie przyszłam w innym celu niż gdy czegoś od niego nie potrzebowałam.
- Wiesz, że nie o to mi chodzi. Nie ma jeszcze południa, a ty już jesteś pijany.
- W końcu mam powód do świętowania. Hayley wróciła. - Rozłożył szeroko ramiona, jakby w geście powitania. - Czyż to nie wspaniale. No, ale mów po co przyszłaś do starego, dobrego wujka Klausa.
 Klaus potrzebował rozmowy i wsparcia od najbliższych, zanotowałam sobie w myślach, żeby porozmawiać z Eljaha. Mimo, że byli skłóceni byłam pewna, że starszy z braci pomoże. Rodzina Mikaelsonów była ze sobą silnie związana i to nawet mimo wielu kłótni i awantur.
- Możliwe, że się myliłam co do twojego przyjaciela - powiedziałam, to całkowicie przyciągnęło uwagę Klausa do mnie. - Rano do baru przyszła dziewczyna. Była jakaś dziwna. Podejrzewam, że to ona może stać za tymi zabójstwami.
- Poczekaj, chyba nie rozumiem. Podejrzewasz dziewczynę o brutalne morderstwo, bo była "jakaś dziwna"?
- Jestem pewna, że coś z nią było nie tak. Przez chwile jej oczy były zupełnie czarne, nie miała nawet białek. I nie, nie przewidziałam się. Wiem co widziałam Klaus.
- To chyba chodzi nam o tę samą osobę. - Nagle jakby znikąd zmaterializował się obok nas Marcel. - Drobna, niska, czarne włosy, blada.
- Tak - powiedziałam - Znasz ją?
- Nie, ale wsadziła jednego z wampirów w ścianę.

~~~~~~~~~~~~~

Cześć wszystkim!!!
Mam nadzieję, że dalej czytacie mojego bloga.
Z niecierpliwością czekam na wasze komentarze.